Świat muzyki klasycznej pokazał mi mój przyjaciel i wspólnik Uwe Dierks, który na studiach pracował jako kierowca Leonarda Bernsteina. Zapoznał mnie z tym kompozytorem i jego muzyką. Potem zrobiliśmy kilka filmów dla Deutsche Grammophon, dzięki czemu poznaliśmy takich artystów jak Placido Domingo, Hilary Hahn, Anne Sophie Mutter i Filharmoników Berlińskich - wtedy pod batutą Claudio Abbado. Filmem "Rytm to jest to!" weszliśmy w ten świat głębiej i dalej. Gdy członkowie Orkiestry Filharmoników Berlińskich zaproponowali, byśmy im towarzyszyli podczas niezwykłego tournee po Azji, po prostu nie mogłem odmówić. Podczas kręcenia filmu "Rytm to jest to" nawiązaliśmy więź opartą na zaufaniu, dzięki której ta podróż była unikalną okazją stworzenia wnikliwego portretu tej legendarnej orkiestry.
Zawsze interesowałem się procesem powstawania sztuki: momentem tworzenia i jego ludzkim wymiarem. Zrozumienie życia i współzależności tego niezwykłego kolektywu artystów było dla mnie osobistą podróżą, przygodą i szalenie satysfakcjonującym przeżyciem. Od początku było jasne, że film "W poszukiwaniu rytmu. Podróż do Azji" powinien mieć zupełnie innych charakter dramaturgiczny, niż "Rytm to jest to!". Chciałem opowiedzieć o orkiestrze, grupie ludzi, wręcz całej społeczności. Troje, czy czworo bohaterów nie spełni roli całości. Podjąłem wyzywanie i postanowiłem zaryzykować. W filmie przeplatają się głosy 25 muzyków. Mimo to, wydaje mi się, że widz jest w stanie wczuć się w ich sytuację.
Czy muzycy od początku byli świadomi, że film tak głęboko spenetruje zakulisowe życie orkiestry?
Myślę, że wielu nie wiedziało, czego się spodziewać. Przedstawiliśmy im nasz pomysł i otrzymaliśmy ich zgodę, ale nie wiedzieliśmy dokładnie, dokąd nas ta podróż zaprowadzi. Oni nam zaufali. Ci artyści o silnych osobowościach podczas wywiadów niewiarygodnie się otworzyli, dzięki czemu mogłem zadawać im bardzo osobiste pytania. Ostateczny kształt filmu był w naszych rękach, bo jak zawsze sami go produkowaliśmy. Zaufanie, którym obdarzyli nas wszyscy muzycy i Simon Rattle jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć, było warunkiem powstania produkcji. W grudniu 2007 pokazaliśmy im skończony film i dla mnie była to najważniejsza projekcja mojego dzieła. Bardzo mi zależało na tym, by nie wycofywali się z tego, co opowiedzieli w filmie. Potwierdzili, że to prawda.